Ewa Stankiewicz, dziewczyna spod krzyża (Newsweek, sierpień 2010)

Ewa Stankiewicz

***

Czuję się wolnym człowiekiem i nie mam zamiaru ulegać cenzurze. Nikt mnie nie może zwolnić z pracy, bo jej nie mam. Może tylko kupić mój film albo nie

– mówi Ewa Stankiewicz, reżyserka „Solidarnych 2010”, w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.


Newsweek: Wymęczona pani jest. Znowu pani była w nocy na Krakowskim Przedmieściu?

Ewa Stankiewicz: Dużo nagrywam.

Ostatnio granaty i słoiki z gównem latały pod krzyżem. Nakręciła to pani?
Nie. Szukam kogoś, kto to utrwalił i mi użyczy…

Kto rzucał?
Nie wiem, bo nie widziałam. Wątpię, żeby to byli zwolennicy krzyża. Moim zdaniem to część prowokacji, ciąg dalszy tej imprezy miłości i radości, na której królował transparent „mohery na stos”. Dla niektórych jest w dobrym tonie przyjść pod krzyż, wyszydzić i udowodnić za wszelką cenę, że ludzie, którzy się tam modlą to ciemniaki. Jest na to społeczne i medialne przyzwolenie. Mam skojarzenia z początkami faszyzmu, który się przecież zaczął od przyzwolenia na pogardę wobec jakiejś grupy ludzi. Nie mogę uwierzyć w to, że kilka miesięcy po katastrofie, w której zginął prezydent państwa na terenie innego kraju, tysiącom młodych ludzi udało się wmówić, że największym zagrożeniem dla Polski jest krzyż.

Może byłoby lepiej, żeby ten krzyż tam w ogóle nie stawał? Kiedy się skończy ta wojna?
Ale przecież tu nie o krzyż chodzi. On jest tylko symbolem przezwyciężenia śmierci, wyrazem troski o byt naszego państwa, nadzieją w trudnych chwilach. Nikomu nie chodzi o to, żeby na Krakowskim Przedmieściu stworzyć miejsce kultu. Wiem natomiast, że jest mnóstwo pytań dotyczących katastrofy, na które wciąż nie ma odpowiedzi i wiele niepokojących poszlak. Rząd w sprawie katastrofy zachowuje się skandalicznie, szkodząc interesom Polski i jej obywateli. Premier Tusk powinien stanąć przed Trybunałem Stanu.

A pani kim tam była pod tym krzyżem – dziennikarką, filmowcem, dokumentalistką?
Rejestruję to, co widzę. Mam określone, bardzo wyraźne poglądy, ale to, co robię staram się robić rzetelnie. Ja często działam odruchowo. „Solidarni 2010” powstał trochę „przypadkowo”. Nie jestem z Warszawy, ale byłam tu 10 kwietnia, bo montowałam inny dokument. Prywatnie poszłam pod Pałac, to też był odruch, widziałam, że tam dzieje się coś wyjątkowego.

Tam pani spotkała Jana Pospieszalskiego?
Nie, szukałam kogoś, kto był w Katyniu, kiedy wydarzyła się katastrofa. Dowiedziałam się, że to Janek poinformował ludzi o tym, co się stało. Poprosiłam, żeby mi udzielił wywiadu. Nie miał czasu. Umawiał się ze mną w różnych miejscach. A ja czułam, że ten nasz wywiad powinien odbyć się na Krakowskim Przedmieściu. Nie przypuszczałam, że ludzie zaczną do niego podchodzić, rozmawiać, mówić o tym, co myślą. Wywiad przerodził się w dyskusję z ludźmi i to oni stali się bohaterami filmu.

I co, czuła pani, że robi coś wielkiego, ważnego?
Nie. Czułam, że dookoła dzieją się rzeczy ważne. Miałam naturalny odruch, żeby to dokumentować. Nie wystarczyło mi, żeby tylko patrzeć, być, słuchać. Chciałam się tym podzielić z innymi.

No właśnie. I wielu zarzuca pani brak obiektywizmu.
Wiem.

I to, że pani zwariowała. Jak się pani czuje z etykietką oszołoma?
Wie pani, kiedy czytam czasem opisy mojego filmu, to wtedy myślę, że zwariowałam. Bardzo trudne do udźwignięcia są wszystkie kłamstwa, powielane w wielu egzemplarzach. Newsweek Kobieta: Jakie kłamstwa? Ewa Stankiewicz: Stara zasada propagandy. Podważyć wiarygodność, że film był wyreżyserowany, wypowiedzi zaplanowane. Choć oczywiście to była rejestracja spontanicznych wypowiedzi. Nikogo nie pytałam o zawód, ani o to na kogo głosował.

O co pani pytała?
Po co przyszedłeś, co czujesz. Kij w mrowisko polegał na tym, że film przeciwstawia się procesowi, który w Polsce trwa od wielu lat. Polega on na wykluczeniu i zepchnięciu na margines olbrzymiej grupy ludzi, być może nawet połowy Polski. Przez propagandę, manipulację, skojarzenia. Ciemnota, ciemnogród, mohery, berety – mają poglądy patriotyczno-prawicowe, więc nie wypada mieć poglądów prawicowych. Lepiej być światłym i postępowym kosmopolitą.

A nie lepiej?
Ten podział jest odklejony od rzeczywistości i ma za zadanie wyeliminować ludzi o pewnych poglądach bazując na kompleksach innych. Chodzi o skojarzenie. Są poglądy lepsze i gorsze, takie, których nie wypada mieć. To pierwszy krok do zniszczenia demokracji. A pod krzyżem przynajmniej dochodziło do dyskusji pomiędzy przeciwnymi grupami.

Konstruktywnych? Czy raczej z wyzwiskami od ubeków i moherów?
Niektóre konstruktywne. Niektóre kończą się podaniem ręki.

Panią wyzywają?
Tak, spotykam się z agresją słowną. Na szczęście jeszcze nie doświadczyłam fizycznej. Janek niestety tak. Ktoś go kopnął, ktoś opluł… Jestem daleka od pogardy, staram się mieć szacunek do innych poglądów. Kiedy widzę, że jeden człowiek poniża drugiego, bardzo źle się czuję. Staram się reagować.

Stara się pani, ale czy czasem się zdarza krzyknąć do tych młodych; wypierdalać stąd?
Chyba się nie zdarzyło… Choć wiem, że to są nierówne siły. Starsze modlące się babcie nie są w stanie pokonać bojówek młodych ludzi. Znęcanie się nad słabszymi to jest dzicz.

Może gdyby nie zrobiła pani „Solidarnych 2010”, to tego wszystkiego by nie było? Może to pani podzieliła to społeczeństwo, przyczyniła się do podziału?
Sądzi pani, że jeśli czegoś się nie powie i nie pokaże – to tego nie ma? Cichy ból, nieujawniane pretensje – rosną. Wie pani, że przez wiele lat bycie moherem, ciemniakiem w Polsce wiązało się z rozmaitymi społecznymi restrykcjami. Mam wiele sygnałów, że za poglądy uznawane za PiSowskie ktoś został zwolniony z pracy albo stracił klientów. Przecież to jest ograniczenie swobód obywatelskich.

Mówi pani też o sobie. Roman Gutek zrezygnował z dystrybucji pani filmu fabularnego „Nie opuszczaj mnie” chyba właśnie ze względu na pani poglądy.
 Ja nie należę do żadnej partii. Decyzja dystrybutora to był dla mnie wielki cios. I traktuję to w kategoriach łamania praw człowieka. Gdybym miała poczucie, że Gutek wycofuje się z dystrybucji tego filmu ze względów artystycznych, to nie ośmieliłabym się tego komentować. Choć wiem, że ze strony Romana Gutka cała sytuacja wyglądała inaczej.

Z festiwalu Era Nowe Horyzonty pani sama ten film wycofała i to w ostatniej chwili. Ludzie przyszli na pokaz…
Przepraszam i widzów i organizatorów festiwalu. Ale gdybym postąpiła inaczej, nie byłabym fair wobec siebie. Z mojego punktu widzenia to, co się stało z moim filmem, wpisuje się w proces dyskryminacji, wykluczenia. Może to będzie sygnał dla innych – myślisz inaczej, to nie jesteś pełnoprawnym obywatelem. Pani ma takie poczucie? Podam pani przykład. Reklama „Solidarnych 2010” była opłacona żywą gotówką. Jednak jej emisji odmówił TVP, Polsat i TVN. Usłyszałam, że w reklamie nie mogą się ukazać fragmenty filmu! Wtedy się naprawdę przeraziłam.

I gdzie pani teraz ten dokument spod krzyża wyemituje? Nie wiem, czy w ogóle gdzieś go wyemituję. To po co to robić?
 Dla dokumentowania świata. Żeby to nie przepadło, zostało.

W szufladzie?
 Na szczęście jest internet.

Wydaje mi się, że pani jednak jest artystką i jak każdy artysta ma sobie sporo ekshibicjonizmu. W tym sensie, że się pani chce dzielić z widzami tym, co pani robi.
Nie, ekshibicjonizm jest raczej ceną, którą się płaci. To że przestaję być osobą anonimową dla dokumentalisty to nie jest dobre. Mam nadzieję, że to się wszystko wyciszy, że zachowam prywatność, która jest dla mnie ważna.

Ale zrobiła pani fabułę „Nie opuszczaj mnie”, która jest filmem ekshibicjonistycznym, prywatnym, a nawet bezwstydnym momentami…
 Bohaterką mojego filmu nie jest Ewa Stankiewicz. Starałam się zrobić film, który mówi o rzeczach ważnych. Choć muszę też powiedzieć, że robiłam go cztery lata i sama juz nie wiem, jaki on jest…

Co w nim się pani nie podoba?
 Po czterech latach jestem już po prostu innym człowiekiem, niż wtedy gdy zaczynałam nad nim pracować. A może też za dużo musiałam z siebie dać, za dużą cenę zapłacić, właśnie w sensie ekshibicjonistycznym, żeby go zrobić.

Podobno przy realizacji niektórych scen pani płakała?
 Nie. Natomiast wiele razy ludzie z ekipy mieli łzy w oczach.

Olbrychski by u pani wystąpił gdyby wcześniej widział „Solidarnych”?
 Po tym co mówi na mój temat w mediach – nie sądzę.

Świetną rolę u pani zagrał.
 Tak i dlatego nie powiem o nim złego słowa. Widziałam jego wysiłek i dużo dobrej woli, jaką włożył w mój film.

Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze u pani zagra?
Ja o tym nie myślę. Mam większy szacunek do dokumentu i lepiej się w nim czuję. Może też dlatego, że w dokumencie nie trzeba mieć aż tak wielkiej wyobraźni jakiej potrzeba do fabuły.

Można też oprzeć film na faktach, na swoim życiu, jak pani to zrobiła.
Nie do końca.

W filmie główna bohaterka mówi do umierającej matki: wiesz za co Cię kocham? Za poczucie humoru, wyobraźnię i za to że jesteś prawym człowiekiem, niezależnym. To nie o pani?
O rodzicach. Dosyć szybko wyszłam z domu. Wyniosłam z niego dużo wolności, niezależności i miłości. Byłam w pięknym związku emocjonalnym z rodzicami [obydwoje nie żyją – red]. To była dobra więź, nie uzależnienie, jak sugerują to artykuły, które pojawiły się na mój temat. O tacie zrobiłam dokument. W 1968 roku ojcu polecono, żeby z zakładu, którym kierował, zwolnił Żydów. Nie zgodził się, nie zwolnił. I o dziwo, tak zostało. Też bym tak zrobiła. Mam poczucie, że nasze indywidualne wybory mają wpływ na świat. Wolność powstaje w głowie – uczę się od cichych bohaterów pierwszej Solidarności, o których teraz przygotowuję materiał.  Mamę sportretowałam w „Nie opuszczaj mnie”.

Dumni by byli z pani?
Szkoda mi, że nie doczekali ważnych rzeczy, które dzieją się w moim życiu. Może trochę za wcześnie odeszli. Pewnie by się martwili, ale chyba jednak byliby dumni.

Co pani teraz zrobi? Próbuję postawić się w pani sytuacji i nie wiem, czy prężyłabym pierś czy zwiewała.
 Jest we mnie jakaś mobilizacja wynikająca z oburzenia na kłamstwo i manipulację. Ale miałam też potrzebę, żeby się schować, odizolować, odciąć. Wyjść z tego zgiełku i na chwilę zniknąć. Nie wiedziałam, co mam zrobić, kiedy przeczytałam, że do „Solidarnych” zatrudniłam aktorów. Ręce mi opadły. Wie pani, jak się nie da zdyskredytować materiału, to zawsze można się odnieść do autora.

A co będzie jak po latach okaże się, że z naszym rządem jest wszystko w porządku, nie było żadnej zdrady stanu, a katastrofa miała miejsce z powodu błędu pilota? Nie wydaje się pani, że cała pani praca okaże się wtedy porażką?
 Nie, odetchnę z ulgą. Na razie mam prawo i inni ludzie również – wątpić, pytać. Bo opieramy się tylko na poszlakach, a one nie napawają nadzieją. Państwo polskie pozwoliło przejąć państwu rosyjskiemu nie tylko śledztwo w sprawie katastrofy. Pozwoliło również na przejęcie telefonów komórkowych, laptopów służbowych, kodów… Pozwoliło przesłuchiwać Rosjanom rodziny ofiar bez udziału naszych służb. Po czterech miesiącach nasza prokuratura mówi, że nie pracuje na dowodach, dlatego że dowody są w Rosji. Ludzie chcą mieć poczucie, że rząd działa w interesie Polski. A na razie jest tak, że to, co robi dla wielu jest nie do przyjęcia. Albo amatorszczyzna albo zdrada stanu.

Co z panią teraz będzie pani Ewo? Dokument spod krzyża idzie do szuflady, do dystrybucji fabuły nie ustawia się kolejka chętnych…
 Mam 43 lata i w zasadzie całe życie robiłam swoje rzeczy. Nie myślałam o tym, kto mi je wyemituje. „Trzech kumpli” to był fuks – zainteresował się tym filmem TVN i poszło. Emisja filmów to nie jest moje być albo nie być. Jestem niezależna i z tym mi jest najlepiej.

Chyba dla niektórych stała się pani autorytetem?
 Nie mam do tego podstaw. Zaliczam zbyt dużo upadków.

Jest ktoś , kto panią wspiera w tych, chyba niełatwych ostatnich czterech miesiącach?
 Mam wokół siebie bliskie osoby, które mnie wspierają i w każdej trudnej sytuacji stoją za mną murem.

Oni nie mówią: Ewka zwariowała?
 Nie, oni są przyjaciółmi. Wiedzą co robię i po co. Kiedy skręcam w ślepą uliczkę, też mi mówią.

Joanna Rolska z pani filmu, która wyszła nocą do miasta w poszukiwaniu mężczyzny to nie pani?
Nie ja. Za to na poziomie emocji pewnie ma coś ze mnie. Robiąc ten film chciałam dotknąć sfer, których nie rozumiem, a chciałabym. Wie pani… ja się trochę tego filmu wstydzę. Natomiast nie wstydzę się za ten film.

Nie rozumiem. Czy wydaje się teraz pani zbyt liberalny, nie do zaakceptowania przez środowiska prawicowe?
(śmiech) Nie boję się opinii środowisk prawicowych. Może wyrzuci mnie ten film na margines drugiej połowy społeczeństwa? (śmiech) Czuję się wolnym człowiekiem i nie mam zamiaru ulegać cenzurze. Nawet autocenzurze. Mam chyba w sobie silniejszy bunt niż strach przed odrzuceniem. Nikt mnie nie może zwolnić z pracy, bo tej pracy nie mam. Może tylko kupić mój film albo nie.

Albo powiedzieć: kupię, jeśli zrobisz tak, jak ja chcę.
 Ale ja wtedy mogę odwrócić się na pięcie i wyjść. Przy „Solidarnych” też słyszałam różne sugestie, ale mnie jest bardzo trudno się ukorzyć. Nie jestem łatwa w rozmowach. Wolę zrobić po swojemu do szuflady, niż iść na kompromisy, a potem się wstydzić. Dobry film mówi sam za siebie.

Film o politykach by pani zrobiła? Kaczyński, Tusk, Komorowski, Macierewicz?
 Na pewno dużo by mnie to kosztowało. Obawiam, że żaden z tych polityków by się nie zgodził. Teraz mam taki plan, by zrobić 96 krótkich kilkunastominutowych filmów – notacji o ofiarach katastrofy przez pryzmat ich rodzin. W rejestrze ludzkim śmierć prezydenta jest taka sama jak śmierć stewardesy. Chcę pokazać ludzi, którzy mieli swoje marzenia, byli w trakcie jakiś działań, na czymś im zależało… Nie wiem jednak, czy wszyscy będą chcieli ze mną rozmawiać… Ale spróbuje się do nich zwrócić.

***
źródło: http://kobieta.newsweek.pl/ewa-stankiewicz–dziewczyna-spod-krzyza,63842,1,1.html

Reklamy

One comment on “Ewa Stankiewicz, dziewczyna spod krzyża (Newsweek, sierpień 2010)

Dodaj komentarz (będzie widoczny po zatwierdzeniu)

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s